06 maja 2014

reaktywacja....

SWS zawiesiło swoją działalność, ale teksty zgromadzone w archiwum ciągle służą czytelnikom. Jesli ktoś miałby ochotę na garść świeżych przemyśleń, to zapraszam na bloga Dusza Jezusa.

sbogna.blogspot.com

s. Bogna

20 lipca 2012


Witajcie, u nas duże zmiany. Słowo w sieci przechodzi z sieci do realu. Wszystkich tych, którzy chcieliby dalej słuchać Słowa zapraszamy na sesje weekendowe i rekolekcje do domu rekolekcyjnego w Siedlcu. Właśnie ruszyła strona internetowa domu, na którą zapraszamy wszystkich zainteresowanych. Na początek we wrześniu weekend dla kobiet, ale w ciągu roku każdy znajdzie coś dla siebie. Prosimy także o przesłanie tego adresu swoim znajomym oraz, jeśli istnieje taka możliwość, podlinkowania go gdzieś na blogach i stronach internetowych, żeby szybciej wypozycjonował się w wyszukiwarce. Dzięki za wspólne słuchanie słowa przez te lata.



ZAPRASZAMY

04 maja 2012

Chrystus zmartwychwstał... i co z tego?



            Ten tytuł może brzmi nieco prowokacyjnie, ale trzeba mieć odwagę postawić sobie pytanie o to, co znaczy dla nas zmartwychwstanie Jezusa.
            Może ktoś powiedzieć: „Jakiś Jezus powstał z martwych prawie dwa tysiące lat temu, ale jakie to ma znaczenie dla mnie, skoro choruje moja córka, umarł mój mąż, nie mogę znaleźć pracy itd. Dlaczego mam się cieszyć ze świąt wielkanocnych? Ot, „święta, święta i po świętach””. Oczywiście, my, dobrzy katolicy tak nie powiemy, ale czasem i z tą naszą wielkanocną radością jest coś nie tak. Jakoś nie zawsze umiemy dać świadectwo nadziei, którą nosimy w sobie. Dlatego może warto sobie zadać to pytanie i zastanowić się, co znaczy dla nas zmartwychwstanie Jezusa.
            Mówimy, że Jezus zwyciężył śmierć, grzech i szatana, a jednak ludzie umierają, grzeszą, doświadczają pokus złego. Na czym więc polega zwycięstwo tych, którzy są uczniami Jezusa? Pozornie nic nie zmieniło się w świecie po zmartwychwstaniu. Dalej istnieje cierpienie, Jezus nie poskromił swoich wrogów, Kościół cierpi z powodu prześladowań i własnej grzeszności. A jednak coś jest inaczej.
            W przestrzeni twojego życia, z jego radościami i smutkami, z cierpieniem i nieuniknioną śmiercią, staje Jezus i mówi: „Pokój wam”. „Oto jestem z wami, aż do skończenia świata”. Nie jesteś sam. Jest obok Ktoś, kto jak zapaśnik zmierzył się każdym rodzajem cierpienia (fizycznym, psychicznym, duchowym) jakie można spotkać w życiu i wyszedł z tej walki zwycięsko. I ten Ktoś jest Twoim obrońcą.
            Jezus jest obrońcą, choć nie chroni nas przed trudem życia jak nadopiekuńcza matka. Daje nam coś więcej niż komfort: usuwa lęk i nadaje sens wszystkim, nawet najtrudniejszym doświadczeniom. Chronić kogoś przed trudnościami, to jednak trzymać go w przekonaniu: „wokół jest niebezpiecznie, a ty jesteś słaby”. To nie daje pełnej swobody. Jezus usuwa lęk, pokazując, że nawet cierpienie może prowadzić do szczęścia, nawet śmierć może prowadzić do życia. Nic nie jest ostatecznie tragiczne i bezsensowne. Uwierzyć w zmartwychwstanie to uwierzyć, że wszystko prowadzi do dobra, bo Bóg jest dobry i zwyciężył w Chrystusie. Właśnie taka wiara przenosi góry, bo siła rodzi się z nadziei.
            Jeśli ktoś szuka innego zbawienia, to może doświadczyć rozczarowania. Jezus nie dał nam czarodziejskiej różdżki do usuwania trudności, ale pokazał nam sens tych trudów i to, że wszystko skończy się dobrze, bo ten koniec to … szczęście bez końca.
 Celem Jezusa nie było stworzenie raju na ziemi, lecz takie przemienienie/zbawienie człowieka, by już tu na ziemi przez wiarę, a kiedyś w wieczności w pełni,  mógł przeżywać głęboki sens swojego życia i wolny od lęku mógł kochać, bo w tym jest nasze szczęście.
           


19 kwietnia 2012

Nie możemy nie głosić...

„Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział” (J 20, 18)

„W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba”. (Łk 24, 35)

„Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami.” (Dz 2, 32)

Spotkanie ze zmartwychwstałym Panem i doświadczenie, że On żyje jest siłą, która sprawia, że nie można milczeć na ten temat. Maria Magdalena, uczniowie z Emaus, św. Piotr po spotkaniu z Jezusem dzielą się tą radosną i niesamowitą nowiną. Poruszeni do głębi nie mogą o tym nie świadczyć. Nie ma ważniejszej prawdy w chrześcijaństwie do przekazania jak ta, że Jezus Chrystus zmartwychwstał i żyje!

Okres wielkanocny to uprzywilejowany, szczególny czas, kiedy nie tylko w murach kościoła ma być ogłaszane zmartwychwstanie. Nie wystarczy, by odbyła się procesja rezurekcyjna. Trzeba się podzielić tą wiadomością z innymi: z najbliższymi, z tymi, którzy przeżywają trudne momenty życia, z tymi, którzy stracili nadzieję, z tymi którzy nie wierzą…

Czy fakt Jezusowego zmartwychwstania jest tematem naszych rozmów przyjacielskich, podczas posiłków rodzinnych itp.? ”Bo my nie możemy nie głosić tego, cośmy widzieli i słyszeli” (Dz 4,20).

Jezu zmartwychwstały, daj mi doświadczyć Twojej żywej obecności. Niech rozproszą się w moim sercu i umyśle wszystkie mroki niewiary w Twoje zmartwychwstanie. Uczyń mnie radosnym świadkiem Twojego zwycięstwa wobec moich sióstr i braci. Amen

07 kwietnia 2012

Życzenia



Ustąpcie od nas smutki i trosk fale,
gdy Pan Zbawiciel triumfuje w chwale:
Ojcu swojemu już uczynił zadość,
nam niesie radość. Alleluja!


Niech te święta będą dla nas wszystkich przełomem,
w tym co jest naszą walką o nową jakość życia, jaką daje Jezusa.
On uwalnia nas od wszystkich grzechu i jego skutków.
Niech będą pełne szczerej radości i śmiechu.
Nasz Zbawiciel chce dać nam radość.
Chrystus Zmartwychwstał!

ALLELUJA!

Ekipa SWS

S. Bogna ZDCh, Mariola, Ks. Piotr i Romek SJ


04 kwietnia 2012

Żal

„I w tej chwili kogut zapiał. Wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.” (Mt 26,74-75)

Gdy Jezus został schwytany, wszyscy jego uczniowie uciekli. Można powiedzieć, że wszyscy zawiedli. Judasz wydał Go, Piotr się Go zaparł, reszta uciekła i tylko Jan był pod krzyżem. My, uczniowie Jezusa dziś także mamy chwile swoich większych i mniejszych zdrad Mistrza. I wydaje się, że nie jest to najgorsze, co może nam się przydarzyć. Jezus przed męką zapowiada Piotrowi, że go wyda. Jakby godzi się z tym, że „gdzie On idzie, Piotr teraz iść nie może, ale kiedyś pójdzie” (J 13,36). Najważniejsze jest to, co robi uczeń Jezusa po upadku. Nasza reakcja na własny grzech jest miarą naszej wiary w Jezusa.

Piotr „wspomniał na słowo Jezusa” i „gorzko zapłakał”. Ma w pamięci Twarz Jezusa, który wiedział już wcześniej o jego zdradzie i … dalej go kochał, nie odmawiał swojej przyjaźni, siedział z nim przy jednym stole, dzielił Chleb. Piotr płacze, bo zranił Jezusa, ale równocześnie doświadcza tego, że jest przez tego zranionego Jezusa nadal kochany! Oto istota skruchy i żalu za grzechy chrześcijanina.

Dlaczego o tym piszę? Bo istnieje też inny żal. Żal niechrześcijański, a nawet diabelski, który próbuje niszczyć człowieka pod pozorem żalu za grzechy. To żal, który zrodził się w duszy Judasza. Judasz także uświadomił sobie, że zrobił źle. Mówi: „Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną.” (Mt 27,4). Ale nie pamięta Twarzy Jezusa, który z miłością zwracał się do niego w Wieczerniku. Rozpacz przysłoniła mu wspomnienia dobroci Jezusa i zabrała nadzieję na przebaczenie. Judasz widzi tylko jedno wyjście: ukarać samego siebie. Zły żal to niezadowolenie z siebie, owoc zawiedzonych ambicji, że nie jest się takim, jakim by się chciało.

Czasem zdradzamy Jezusa. To prawda. Ale najważniejsze jest to, czy po grzechu pamiętamy o tym, ż On nas nadal kocha. Wtedy możemy uznać swój grzech. I możemy zapłakać bezradnie, bo jest Ktoś, kto może nam pomóc, kto przebacza, podnosi, uzdrawia. To przecież po to Jezus umarł na krzyżu. „Nie przyszedł szukać sprawiedliwych, ale grzeszników, bo nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci którzy źle się mają” (por. Mk 2,17).

21 marca 2012

Tak bowiem Bóg umiłował świat...


„Tak bowiem Bóg umiłował świat,

że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy, kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne”
(J 3, 16)


W połowie naszych wielkopostnych zmagań Słowo Boże chce nam powiedzie to, co najważniejsze: my, grzesznicy, jesteśmy tak bardzo kochani przez Boga, że nie zawahał się dla nas poświęci Swojego Syna.

Czyż nie jest to wiadomość dnia?! Najlepszy news?!

Gdy myślimy o naszej grzeszności i nieprawości, gdy sumienie wyrzuca nam latami dawne winy, słyszymy, że „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”(J 3, 17).

W sakramencie pojednania te słowa stają się rzeczywistością dla każdego z nas. Tam mogę zawsze korzysta z daru zbawienia. Tam, nas umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przez moc Jego przelanej krwi, Bóg Ojciec może przywrócić do życia.

Do nas jednak należy decyzja przyjęcia daru przebaczenia. Spowiadanie się często nie jest łatwe, nie jest przyjemnością, ale przynosi pokój i radość. Bóg może wprowadzić ład w nasze poszarpane życie, zaleczyć rany naszego serca, uspokoić wyrzuty sumienia.

Uwierzmy więc na nowo słowom Boga i korzystajmy szczególnie w tym świętym czasie z łaski przebaczenia.

„Cóż więc na to powiemy?
Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?
On, który nawet własnego Syna nie oszczędził,
ale Go za nas wszystkich wydał,
jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?
Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym,
których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia?
Któż może wydać wyrok potępienia?
Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć,
co więcej - zmartwychwstał,
siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?”
(Rz 8, 31- 34)

22 lutego 2012

Grzech mój wyznałem Tobie...

„Póki milczałem, schnęły kości moje, wśród codziennych mych jęków. Grzech mój wyznałem Tobie i nie ukryłem mej winy. Rzekłem: Wyznaję nieprawość moją wobec Pana, a Tyś darował winę mego grzechu.” (Ps 32, 3.5)

Czy wyznawanie grzechów na spowiedzi jest złem koniecznym, czymś na kształt ceny, którą trzeba zapłacić, by zyskać odpuszczenie? W odczuciu wielu osób – tak. I nie dziwię się takiemu podejściu. Powiedzenie drugiej osobie tego, czego się wstydzimy i uważamy za zło, nie sprawia przyjemności. Czy nie można by inaczej? Przecież Bóg zna moje grzechy, więc po co przechodzić przez tę udrękę (tak, dla wielu jest to wprost udręka) mówienia księdzu swoich grzechów?
Na taką postawę wobec spowiedzi wpływa kilka rzeczy, które zaciemniają rozumienie sensu wyznawania win. Po pierwsze, ważne jest to, jakie mamy doświadczenie przyznawania się do błędów i win. Czy masz wspomnienia, że przyszedłeś jako dziecko do Mamy czy Taty i mogłeś powiedzieć, że coś się stłukło czy zepsuło i to wyznanie było ulgą, powierzeniem ciężaru komuś, kto pomoże, pocieszy? No właśnie. O takie wyznanie chodzi w spowiedzi. Coś mi ciąży, nie radzę sobie z tym, boli, zawstydza. I właśnie dlatego mówię o tym. To wyznanie jest ulgą. Już nie jestem sam z moim ciężarem. Jest ktoś, Kto mnie wesprze. Ale, jeśli dominuje w mnie lęk przed osądem, nie poczuję ulgi, wprost przeciwnie – zdrętwieje przy konfesjonale i wyznanie stanie się udręką.
Druga sprawa to fakt, że może się zdarzyć, że Kapłan w konfesjonale nie przypomina „żywego odblasku” dobrego i miłosiernego Boga. Ale nawet, gdyby siedział w konfesjonale niecierpliwy, obojętny czy nawet osądzający człowiek, to wiedz, że przez niego możesz spotkać Boga, który jest dobry i czeka na ciebie. Dlatego tak ważne jest, żeby przychodzić do spowiedzi z żywą wiarą. Ja, kiedy mam wrażenie, że Ksiądz nie słucha mnie w konfesjonale z uwagą i przyjęciem (no cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi, ja też nie zawsze słucham i przyjmuje ludzi z otwartymi ramionami…), to myślę sobie: „nie od twojej łaski zależy przebaczenie i miłosierdzie. Nawet, jeśli tobie brakuje cierpliwości i przebaczenia, to Bóg ma je w obfitości.”. Kapłan jest narzędziem. Wyobraź sobie, że ktoś potrzebuje leku, od którego zależy uratowanie jego życia. Czy będzie wahał się z powodu tego, że musi je przyjąć z brzydkiego naczynia? Nie! A niech tam, byle by uratować życie! Tak samo trzeba podejść do spowiedzi.
Nie chcę w ten sposób usprawiedliwiać niegrzecznych czy niecierpliwych spowiedników. Będą kiedyś musieli zdać sprawę przed Bogiem, czy nie zasłaniali ludziom drogi do Boga. Ale ważne jest, byśmy umieli patrzeć głębiej: w konfesjonale czeka na ciebie dobry Bóg, który widzi twój ból i zagubienie i czeka, kiedy przyjdziesz do Niego i podzielisz się swoim cierpieniem. Bo nie ma gorszego bólu niż grzech. A On może i chce pomóc.

10 lutego 2012

"A celnik stał z daleka..."

„Celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” (Łk 18,13).

Spowiedź? Ciężka sprawa. Trzeba iść do obcego lub znajomego (nie wiadomo co gorsze ) człowieka i mówić mu o tym, czego się wstydzę. Jest coś, co jeszcze potęguje stres związany ze spowiedzią: nie można się jej uczyć, tak jak wielu innych rzeczy – od innych. Gdyby tak posłuchać jak spowiadają się inni, to by się człowiek nauczył, a tak, to nawet nie wie, czy robi to dobrze czy źle. I stres rośnie. Dlatego warto na ten temat pisać.
Temat jest obszerny i wielowątkowy. Na początek: co mówić na spowiedzi?
Są trzy tematy. Jeden konieczny, drugi wskazany, trzeci, zależy od tego, czy łączymy spowiedź z jakąś formą kierownictwa duchowego, czyli czy chcemy, żeby Kapłan nam doradził jak postępować.
Temat 1: Grzechy tzw. ciężkie lub inaczej śmiertelne. Są one podstawowym przedmiotem spowiedzi, bo tylko w konfesjonale mogą zostać przebaczone (chyba, że ktoś przed śmiercią nie ma możliwości się wyspowiadać, to wtedy wystarczy, że żałuje za nie, ale to inna historia). Te grzechy trzeba wyznać wszystkie, konkretnie, bez „owijania w bawełnę” ( co, ile razy, jak). Świadome przemilczenie czy zafałszowanie czegoś jest poważną sprawą. I tu zaczynają się schody.
Czasem jasno wiemy, co przeskrobaliśmy, ale wielu z nas ma problem z określeniem czy coś jest grzechem ciężkim, czy nie. Pomniejszanie lub, przeciwnie, wyolbrzymianie swoich win, jest skutkiem tego, że nie umiemy obiektywnie popatrzeć na nasze czyny. Emocje grają tu dużą rolę. Wstyd, poczucie winy, chęć usprawiedliwienia lub właśnie pogrążenia siebie i poniżenia… Trzeba tu użyć głowy. To, że czegoś się bardzo wstydzę, niekoniecznie znaczy, że to jest większy grzech niż ten, który mnie mniej zawstydza. Może tak być, ale nie musi. Grzech ciężki to trzy elementy: poważna materia, nasza świadomość i dobrowolność. Tłumacząc „z polskiego na nasze”: Sprawa nie dotyczy błahostek, a my wybraliśmy zło wiedząc, co robimy i z własnej woli. Nie da się popełnić grzechu ciężkiego „przez przypadek”. Tu trzeba być bardzo uczciwym wobec siebie. Poważna materia jest chyba najłatwiejsza do określenia. Zrobiłem to i to, powiedziałem to i to. Jasne. Tajemnica leży jednak głębiej. W moim sercu. Dlaczego to zrobiłem? Jaka była moja intencja? Na ile byłem świadomy, że jest to złe? A także na ile to było wolne działanie? Przymus zmniejsza odpowiedzialność. Jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy świadomie i dobrowolnie.
Tu pojawia się problem odpowiedzialności kogoś kto jest ofiarą nałogu. Dobrowolność jest ograniczona, a przez to odpowiedzialność. Ten ktoś może ponosić odpowiedzialność za to, że się kiedyś do tego stanu doprowadził, ale dziś na poszczególne czyny może mieć ograniczony wpływ. Jednak nie jest to podstawa do założenia rąk i powiedzenia: „tak mam i koniec”. Trzeba szukać drogi wyjścia.
Drugi temat uzupełnia pierwszy. Kościół zachęca nas byśmy wyznawali także grzechy lekkie, bo Sakrament leczy nas duchowo. Wszak nie chodzi o to, by jedynie mało grzeszyć, ale by być świętymi.
Trzeci temat to mówienie o sobie, by zyskać wsparcie i radę w konfesjonale. Im lepiej Kapłan nas rozumie, tym trafniej może nam doradzić.
Na dziś tyle. Czekamy na komentarze i pytania na blogu na temat spowiedzi, byśmy mogli kontynuować temat zgodnie z Waszymi potrzebami.

15 stycznia 2012

Trzech Króli



„ Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei
za panowania króla Heroda,
oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali:
«Gdzie jest nowo narodzony król żydowski?
Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie
i przybyliśmy oddać mu pokłon»”
Mt 2, 1-2

Barwne orszaki Trzech Króli przeszły już i dotarły do nowonarodzonego Króla.
Czego jednak mogę się nauczyć od Mędrców w moim codziennym poszukiwaniu obecności Jezusa, w chodzeniu za Nim?

1. Odczytywać znaki.
To, że Mędrcy zauważyli pojawienie się nowej gwiazdy nie było wynikiem przypadku, czy jednorazowego spojrzenia w niebo. Zapewne wcześniej wielokrotnie wpatrywali się w firmament, znali go na pamięć. Bóg na naszej drodze życia zapala różne „gwiazdy”. Trzeba, byśmy uczyli się rozpoznawać i odczytywać Boże znaki, natchnienia, przyjmować łaskę i wsłuchiwać się w Jego Słowo. To wymaga pracy, systematyczności i wiele cierpliwości.

2. Wyruszyć w drogę.
Być chrześcijaninem, to być w drodze. To nie bać sie pójść za Bożym wezwaniem bez stuprocentowej pewności, bo takiej nigdy nie będziemy mieli.
Podróż Mędrców zrodzona z zaufania wiary była mocno osadzona w logice ludzkiego rozumu. Gwiazda nie świeciła na ich drodze zawsze tak intensywnie i jasno, dlatego skierowali sie na dwór królewski w Jerozolimie, bo gdzie indziej należało szukać nowonarodzonego króla? I chociaż nie tam był ostateczny koniec ich wędrówki, otrzymali przecież na dworze Heroda cenne wskazówki, korzystając z nich mogli osiągnąć zamierzony cel. Wiara i rozum razem prowadzą nas do Boga

3. W miejsce swojej logiki, przyjąć logikę Boga.
Na dworze Heroda Mędrcy nauczyli się również zmieniać swój sposób myślenia, swoją logikę Mędrców na logikę Boga. Pokornie udają się do małej miejscowości, gdzieś na peryferie i przed zwykłym, małym dzieckiem, którego rodzice w ogóle nie wyglądali na mających cokolwiek wspólnego z królewskim rodem, składają swoje dary. Wbrew temu, co postrzegają ludzkimi zmysłami, są pewni Bożej obecności. Tam w Betlejem znów jasno rozpoznają blask „gwiazdy”.

Boże, niech nie zmarnuję żadnej łaski, którą mi dasz w tym roku. Otwieraj moje oczy i uszy, a przede wszystkim moje serce, bym rozpoznał czas i miejsce mojego spotkania z Tobą. Amen

01 stycznia 2012

Boże Narodzenie

„W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania” Łk

Nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. To przełomowa chwila w Jej życiu. Odtąd wszystko będzie inaczej, bo w centrum Jej uwagi, wysiłków, niepokojów i radości będzie malutkie dzieciątko, które potrzebuje Jej miłości i troski. Bo odtąd wszystko będzie się działo ze względu i dla Jej synka. Jego przyjście na świat sprawi, że cały Jej świat kręcić się będzie tylko wokół Niego.

Na pewno tak jest z narodzeniem każdego dziecka. Jednak to Dziecko jest szczególne. Jego narodziny zmieniają wszystko nie tylko w życiu Jego Mamy i najbliższej Rodziny. Ono zmienia życia każdego z nas. Ta zmiana nie jest tak oczywista i narzucająca się jak pojawienia się w domu nowonarodzonego dziecka, jednak jest równie mocna i radykalna.

Oto rodzi się Człowiek. Jedyny, o którym można powiedzieć – idealny, „najpiękniejszy z synów ludzkich”. Samo piękno. Bóg się wcielił, a raczej lepiej powiedzieć wczłowieczył. I oto Jezus – maleńki noworodek rodzi się, by przeżywać każdą kolejną chwilę jako człowiek. Patrzy, słucha, oddycha, płacze, cieszy się, jest zaciekawiony, głodny, śpiący, zziębnięty… Przeżywa wszystko tak jak my. Ma ludzką duszę. Jest jednym z nas. I odtąd nic nie jest takie samo. Nasze ludzkie czynności, sprawy, problemy, pragnienia i przeżycia. Już nic nie jest mało ważne, nijakie, nudne czy nie wartościowe. On bierze do ręki przedmioty, którymi my się posługujemy. On wie, co to wysiłek przy pracy. On patrzy na ten same widoki i, co najważniejsze: patrzy swoimi ludzkimi oczyma na nas. Już nic nie jest takie samo, bo odtąd wszystko jest z Nim i ze względu na Niego i wszystko oświetlone Jego obecnością.

Bóg nie mieszka w złotej świątyni, ale w domu pośród ludzi. Upodobał sobie to, co ludzkie. Lubi z nami być, dzielić nasz los. Zamieszkał pośród nas. I odtąd nic nie jest takie samo, choć przecież na zewnątrz nic się nie zmieniło. Tak jak w życiu Maryi – zwykłe życie w małym Nazarecie. A przecież zmieniło się wszystko.

19 grudnia 2011

Ciemności...


„Gdy wszystko ogarnęła głęboka cisza, a noc dosięgła połowy swego biegu, wszechmocne Słowo Twoje, Panie, zstąpiło z królewskiego tronu” Antyfona do pieśni Maryi

Pan przyjdzie, gdy noc dosięgnie połowy swego biegu, a więc w samym środku nocy. Właśnie wtedy, gdy najciemniej. Właśnie przychodzi w ciemności, by je rozświetlić swoim światłem. Te ciemności różne mają imię. O kilku rodzajach ciemności chcemy dziś powiedzieć.

Jest ciemność, która jest związana z tym, że nie widzimy rozwoju Królestwa Bożego w sobie i wokół siebie. Doświadczamy własnego grzechu i słabości. Wydaje nam się, że raczej się cofamy niż postępujemy w świętości. Zaś wokół siebie słyszymy o zgorszeniach, gdy ci, na których liczyliśmy, że będą dla nas zbudowaniem i wzorem łamią się w wierze. To są ciemności, w których się pogrążamy i czasem wydaje się, że już nigdy nie zaświeci jasne światło radości i chwały, że nie będzie nam dane oglądanie triumfu Boga na ziemi. Właśnie, pośród takich ciemności przychodzi do nas Ten, który jest samą Świętością i Jedynym Źródłem Świętości.

Jest ciemność, która dotyczy bezpośrednio naszego życia wewnętrznego, szczególnie modlitwy. Mistrzowie życia duchowego, jak Ignacy z Loyoli czy Jan od Krzyża mówią nam, że strapienie/noc jest normalnym doświadczeniem wierzącego. Oschłości na modlitwie, rozproszenia, pokusy, brak miłości, zwątpienie, czasem niewiara, ból, niechęć do modlitwy, smutek, żal, czasem nawet złość czy irytacja itp. wszyscy tego doświadczamy w różnym stopniu. To wszystko jest normalnym etapem w drodze ku głębszemu poznaniu Boga.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma innej drogi do Boga, jak przez własne serce. I tu pojawia się problem. Często nasza wizja życia duchowego, jest pełna wzniosłych uczuć, poruszeń, świateł… jednak kiedy zaczynamy schodzić głębiej doświadczamy tego, co jest w naszym sercu raną, grzechem, co boli i jest mało przyjemne. Bóg chce byśmy tam właśnie zeszli aby to uzdrowić i przemienić – jednak powrót i konfrontacja z cieniem naszego życia – nie jest miła. Jest trudna i bolesna. Jednak nie będziemy w stanie radować się pełnią Bożego pokoju i obecności mając chore serca. Poranione grzechem cudzym i własnym serce nie działa właściwie, potrzebuje być naprawione – a naprawa ta dokonuje się przez konfrontację i wystawienie, odkrycie tego przed Bożym Duchem, wystawienie tego na światło Bożej Prawdy. Uzdrowienie w nas dokonuje się przez wiarę w to, co Bóg mówi o naszym zranionym sercu, a nie świat albo my sami. Takie oczyszczenie pozwala także pozbyć się iluzji o nas samych i naszej relacji z Bogiem. To doświadczenie jest realne i potrzebne. Nie chodzi tu o cierpiętnictwo (przez które rozumiem przesadne szukanie bólu i umartwień) – ale przyjęcie krzyża, jakim jest cierpienie naszego zranionego wnętrza.

Jest także ciemność pełna lęku i niepewności spowodowanych życiowymi doświadczeniami np. chorobą własną lub najbliższych. Wszystko to, co wiąże się z niepewnością jutra, z kruchością tego, co nas otacza i nas samych.

Właśnie pośród takich ciemności dokonują się największe dzieła Boże. Bóg wciela się, a raczej lepiej powiedzieć „wczłowiecza się” w nasz naznaczony ciemnością los. Jeśli dziś jesteś pośród ciemności, to czekaj na Tego, który jest Światłością, bo
„światłość w ciemności świeci i ciemności jej nie ogarnęły” (J 1,5).

28 listopada 2011

Otwarte ramiona Ojca



W moim myśleniu o miłości Boga Ojca, często pojawia się coś, co określiłbym mianem „tak, ale”: „Kochasz mnie - wiem, ale przecież grzeszę, zawodzę cię nieustannie – to musi mieć jakieś konsekwencje…”. I tak jest rzeczywiście. Takie myślenie ma konsekwencje. Jednak problem polega na tym, że nie w Bogu i Jego stosunku do mnie, ale we mnie samym. Jeśli moja grzeszność kwestionuje miłość Boga, sprawia że zaczynam wątpić, że Bóg mnie kocha, zamykam się w żalu i smutku z powodu mojej grzeszności i najczęściej w poczuciu winy. Szatan odniósł zwycięstwo. Zamknąłem się na miłość Boga nie przez bunt, ale przez niewiarę, że Ojciec kocha mnie pomimo moich grzechów. To pierwsza pułapka. A przecież „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej - zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?” Rz 8, 33-34.





To nie Bóg nas potępia, ale Nieprzyjaciel, czasem drugi człowiek. W dzisiejszym świecie wielu ludzi w kościele opiera swoją relację z Bogiem na poczuciu winy i lęku przed karą, próbując przekupić Boga pobożnością, zamiast skupić swój wzrok na miłości Boga i przyjęciu przebaczenia. To subtelna pułapka, tego który pragnie pognębić nas fałszywą religijnością, zamknąć na sobie w samozbawianiu przez praktyki religijne. To pobożna forma egoizmu, która w przejawach wydaje się dobra, jednak u jej korzeni jest pogański obraz boga.

Druga pokusa jest wtedy, kiedy w moim sercu podejmę już decyzję o nawróceniu i zwlekam z powrotem, bo muszę odpokutować – bo przecież nie mogę wrócić z pustymi rękami. Dlaczego nie? Jeśli wierzymy, że Jezus odpokutował za wszystkie nasze grzechy, dlaczego tak się na tym koncentrujemy? Kiedy mogę wrócić do Ojca, po moim grzechu? Po dniu, dwóch, tygodniu, miesiącu? Dlaczego nie od razu, nawet sekundę po tym jak upadnę? Przecież Jego miłość, przebaczenie, miłosierdzie jest ZA DARMO – wystarczy je przyjąć – co zatem mnie blokuje? „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” 1J 4,16. Jeśli wierzymy w miłość Boga, nie musimy zapracowywać na przebaczenie przez pokutę, bo ono już jest udzielone za darmo. Pokuta ma zmienić mnie, a nie Boga.

W miłości Boga do mnie nie ma miejsca na „kocham cię, ale…” - to miłość bezwarunkowa, miłość bez „ale”. To miłość totalna, przekraczająca moje najśmielsze wyobrażenia na jej temat. Całkiem niedawno moja znajoma powiedziała: „że grzech pierworodny nie polegał na pysze, ale na zwątpieniu, niewierze w miłość Boga”. Nie potrzebujemy się poprawić i być „grzeczniejszymi” – potrzebujemy uwierzyć, że Bóg kocha nas tak radykalnie, że miłość ta nie ustaje nawet, kiedy grzeszymy – a przebacza nam za darmo i nic nie musimy zrobić, by to przebaczenia wysłużyć. „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.” Ef 2, 8-10.

Bóg to Ojciec, który nie patrzy na nas, przez pryzmat naszych czynów dobrych czy złych. W Jego oczach nie jest ważne, czy nazywam się Jan Paweł II czy Fidel Kastro – On widzi swoje dziecko. Bóg pragnie świętości życia dla nas i nienawidzi grzechu. To jak żyjemy, nie jest dla Niego bez znaczenia, ale nie wpływa na Jego miłość do nas. Źródłem miłości Boga do nas jest Jego miłość, nie nasze uczynki. „Boś Ty naszym Ojcem! Zaiste, nie poznaje nas Abraham, Izrael nas nie uznaje; Tyś, Panie, naszym Ojcem, "Odkupiciel nasz" to Twoje imię odwieczne” Iz 63,16

Może wyrzec się nas cały świat – ale BÓG się nas nie wyrzeknie.


19 listopada 2011

Ojciec, za którym tęskni cały świat


A jednak, Panie,

Tyś naszym Ojcem. Iz 64,7

Św. Augustyn powiedział „Stworzyłeś nas, Boże, bowiem jako skierowanych ku Tobie i niespokojne jest serce nasze, dopóki w tobie nie spocznie”. Augustyn, jak każdy z nas, doświadczał pragnienia bycia kochanym, którego żaden człowiek - nawet najbliższy, żaden rodzic - nawet najlepszy, nie jest w stanie zaspokoić. Prędzej czy później w relacji dochodzi do momentu, kiedy rozczarowujemy się drugim człowiekiem. To zupełnie naturalny i normalny etap dojrzewania miłości. Uczucie zakochania mija – uświadamiamy sobie, że drugi człowiek nie jest w stanie kochać nas tak, jak tego pragniemy. Naturalnym krokiem jest wtedy przyjęcie drugiego takim, jaki jest – z jego słabościami i jego słabą miłością – to moment, kiedy zakochanie ma okazję stać się prawdziwą miłością. Jednak pragnienie miłości doskonałej pozostaje. Dalej pragniemy czegoś więcej.

Tęsknimy do miłości, która nie może się zrealizować w tym świecie. Szukamy w ludziach, ale także w tym wszystkim co stworzone, by zaspokoić tę paląca tęsknotę – bezskutecznie. Tęsknimy za doskonałym Ojcem, szukamy Prawdziwej Miłości. Bóg to Ojciec, za którym tęskni cały świat! Cała ludzkość! Choć jesteśmy skończeni i ograniczeni, naszym ostatecznym przeznaczeniem jest kochać Nieskończonego i Nieograniczonego. Mówi nam o tym nasze pragnienie.

Na dwa podstawowe sposoby poznajemy, że Bóg nas kocha. Pierwszym jest stworzenie, to że istniejemy, oddychamy, że zostaliśmy powołani do życia, czytamy o tym w Księdze Mądrości: „Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!” Mdr 11, 24-16.

Drugim jest Odkupienie. Bóg pokazał jak bardzo nas kocha, pozwalając, by należną nam karę za grzechy, wziął na siebie i poniósł Jego Jedyny Syn. I Ten Syn – Jezus mówi nam o tym, jaki jest Ojciec. „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” 1J 4,9-10.


Ojcze, nie mogę ogarnąć Cię moim umysłem, ale pragnę Cię objąć moją miłością. Niech Twoje Słowo będzie pierwszym i ostatnim w moim życiu. Poddaję Tobie całego siebie. Napełnij mój umysł nowym objawieniem Ciebie, bym mógł przyjąć Twoją miłość i głosić ją wszystkim spragnionym Twojej miłości. Amen



31 października 2011

Mówił do tłumów...

„Mówił także do tłumów:
«Gdy ujrzycie chmurę podnoszącą się na zachodzie,
zaraz mówicie: "Deszcze idzie". I tak bywa.
A gdy wiatr wieje z południa,
powiadacie: "Będzie upał". I bywa.
Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba,
a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?
I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego,
co jest słuszne?”(Łk 12, 54-57)

Kiedy patrzę na rzeczywistość wokół mnie; kiedy słucham wypowiedzi różnych ludzi; kiedy widzę, jakie decyzje podejmują lub jakich praw żądają i do czego zmierzają, to ostre słowa Jezusa wydaja mi się bardzo aktualne: „Obłudnicy, dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne?”. Jezus mówił do tłumów, a tłumem jak wiadomo łatwo manipulować. Tłum często traci zdolność rozróżniania tego, co słuszne i właściwe. Dlatego nie chcę pisać do tłumów, ale do Ciebie i do siebie.

Nie chcę być jak „dziecko, którym miotają fale i porusza każdy powiew nauki, na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości” (Ef 4,14). Chcę budować swoje życie na Skale, którą jest Jezus, aby być nienaruszonym przez doświadczenia i życiowe burze.

Dziś Ty i ja, którzy jesteśmy uczniami Chrystusa, musimy wiedzieć w Kim i w czym pokładamy nadzieję. Kto nie tylko zna prawdę ale i jest Prawdą. Trzeba nam naprawdę z uwagą słuchać Mistrza, jak i tych, których On sam wybrał, aby dziś wskazywali nam drogę.
(Czy ostatnio przeczytaliśmy jakiś tekst Benedykta XVI? Np. „Porta fidei” z okazji nadchodzącego roku wiary? Tekst jest dostępny TU: ORĘDZIE)

Jezus mówi, że zostaliśmy uzdolnieni do tego, by rozpoznać to co słuszne. Co więcej, On pragnie, abyśmy innym wskazywali drogę.

„Jak więc przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu,
tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie
i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze,
jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie,
aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię
będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji,
na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol 2, 6-8).

27 października 2011

Świadectwo Marioli



Pan Bóg mnie nauczył liczyć dni moje CD
konferencja, świadectwo


Nagranie jest zapisem konferencji o uzdrowieniu fizycznym i duchowym człowieka, wygłoszonej w czasie KODA DM w Rybniku Chwałowicach w sierpniu 2011 r.
Nauczanie poparte jest osobistym świadectwem przeżywania choroby nowotworowej przez głoszącą konferencję 43 letnią Mariolę.
Jej doświadczenie jest przykładem dojrzałej postawy chrześcijańskiej, wolnej od bohaterstwa, nie pozbawionej prawdziwości uczuć i reakcji ludzkich wobec próby wiary, jaką jest dla człowieka rak.

Zapis na żywo

30 września 2011

Dom na skale (trzy świnki)


Witamy,

dziś tekst o tym, skąd czerpać siłę, by twardo stać na nogach :-) przyda się wszystkim, którzy już zapomnieli o urlopach, wakacjach i lecie i muszę się zmagać z codziennością, czyli nam wszystkim :-)

ekipa SWS

„Gdy przyszła powódź,

potok wezbrany uderzył w ten dom,

ale nie zdołał go naruszyć,

ponieważ był dobrze zbudowany”

(Łk 6, 48).

Czasem mam wrażenie, że o chrześcijanach myśli się jako o ludziach, którzy mają w życiu pod górkę. Dostają w twarz i jeszcze mają nadstawić drugi policzek; nie wiedzieć dlaczego mają dźwigać krzyż, choć można by żyć przyjemniej itd. Taki smutas i ofiara losu. Kiedy jednak czytam Ewangelię, wyłania się inny obraz. Jezus porównuje swojego ucznia do domu zbudowanego na skale. Chrześcijanin to człowiek mocny, który solidnie stoi na nogach. Jest w stanie zachować równowagę i pokój wobec różnych życiowych burz.

Niezwykle poruszają mnie te słowa: „nie zdołał go naruszyć”. Każdy doświadcza przeciwności i cierpień. Są takie wydarzenia, które uderzają jak burza i chcą zniszczyć dom życia. Aż wszystko drży. A Jezus mówi, że ten, kto oparł swoje życie na Nim, nie zostanie „naruszony”, czyli przejdzie przez wszystko zwycięsko. Jak to możliwe?

Warunek jest jasny: „ten, kto słucha słów Moich (Jezusa) i wypełnia je” (Łk 6, 47). Ale co to znaczy słuchać i wypełniać? W pierwszej chwili może się wydawać, że chodzi jedynie o to, by robić to, co każe Jezus. On stawia jakieś wymagania, a ja staram się według nich postępować. Ale tu musi być coś więcej, bo przecież z tego ma się zrodzić poczucie bezpieczeństwa, siła i pokój.

W najgłębszym znaczeniu chodzi o to, by UWIERZYĆ SŁOWU JEZUSA. By Jego słowo stało się rzeczywistością naszego życia, realnie przeżywaną w codzienności. Kiedy Jezus mówi: „Miejcie odwagę, Jam zwyciężył świata” (J 16,33), to znaczy, że nie ma się co bać. Kiedy mówi: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem” (J 15,9), to znaczy, że jest Ktoś kto mnie kocha bezgranicznie i jest ok.! Właśnie w tym znaczeniu Słowo Jezusa wysłuchane i przyjęte staje się skałą, na której można sobie spokojnie budować dom, bo NIC I NIKT tego nie zniszczy.

Dobrze być chrześcijaninem. Znacie bajkę o trzech świnkach? Czuję się jak trzecia świnka, która nie tylko nie musiała bać się wilka w swoim porządnym domku, ale także mogła udzielić schronienia pozostałym świnkom, których liche domki zostały zburzone.


25 września 2011

Dobra Nowina

Kochani, wracamy po przerwie wakacyjnej z nowymi siłami i zapałam.
Dziś teskt o przebaczeniu.
ekipa SWS


„Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał:
"Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko
mnie? Czy aż siedem razy?"
Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż
siedemdziesiąt siedem razy”
Mt 18, 21

Zawsze i wszystko przebaczyć. Nauka Jezusa jest jednoznaczna i nie pozostawia wątpliwości. Bóg jest pierwszy w przebaczaniu. Gdy Jezus ukazuje miłosierdzie Ojca, to mówi o darowaniu całej i każdej winy. Nie zastrzega ani ilości naszych przewinień, ani rozmiarów zła. Nie tworzy katalogu „to zostanie wybaczone a to nie”. Otrzymujemy łaskę przebaczenia jako dar Bożej miłości. On jest mi gotów przebaczyć wszystko. Czyż nie jest to Dobra Nowina?!

Druga Dobra Nowina brzmi: ja też mogę uczestniczyć w darze przekazywania przebaczenia na wzór samego Boga. To jest piękny, chociaż dla nas często bardzo trudny, i nie chcę tego pomniejszać ani bagatelizować, rys podobieństwa do samego Stwórcy. Możemy komuś powiedzieć: „wybaczam, daruję Ci”.

Boże dziękuje Ci, że darujesz mi moje winy.
Proszę wzmocnij moja wolę. Daj odwagę memu sercu,
by było zdolne do przebaczania. Amen

03 czerwca 2011

Modlitwa św. Augustyna do Ducha Świętego

Bądź mym oddechem Duchu Święty, abym rozważał to, co święte

Bądź moją siłą Duchu Święty, abym czynił to, co święte

Bądź mym pragnieniem Duchu Święty, abym ukochał to, co święte

Bądź moją mocą Duchu Święty, abym strzegł tego, co święte

Strzeż mnie od złego Duchu Święty, bym nie zatracił tego, co święte

„Jak Mnie umiłował Ojciec, i Ja was umiłowałem.

Trwajcie w miłości mojej”

J 15, 9

Nie jesteśmy w stanie pojąć ludzkim rozumem pełnej miłości relacji miedzy Ojcem a Synem, co więcej faktu, że tą samą miłością jest przez Jezusa kochany każdy człowiek.

Ty , który czytasz ten tekst jesteś miłowany przez Boga!

Jezus pragnie, byś nie tylko o tym wiedział, ale żebyś trwał w Jego miłości.

Co to znaczy? On sam to wyjaśnia: Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.” J 15, 10

Jezus umiłowany przez Ojca wypełnia Jego wolę. Tak samo ten, kto doświadcza Bożej miłości, będzie wypełniał nakazy Jezusa. I będzie mógł powiedzieć: „Radością jest dla mnie wypełniać Twoja wolę, mój Boże” (Ps 40, 9).

W jaki sposób możesz doświadczać miłości Boga i żyć Jego przykazaniami?

Jest to możliwe, gdyż Jezus obiecał: „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze- Ducha Prawdy…” (J 14, 16).

Dzięki Duchowi Świętemu możesz doświadczać Bożej miłości, bo „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego”(Rz 5,5) i możesz żyć według nauki Jezusa, bo Paraklet, Duch Święty, wszystkiego nas nauczy i przypomni nam wszystko co Jezus nam powiedział ( por. J 14, 26).

Prosząc o dary Ducha, możesz zostać uzdolniony do trwania w miłości Jezusa. To proste. Potrzeba tylko wiary.

Jezus pragnie udzielać nam nieustanie swego Ducha, abyśmy mogli żyć w jedności z Nim i Ojcem. By nasze chrześcijaństwo nie było mozolnym wypełnianiem praw i przepisów, ale radosnym pełnieniem woli Tego, kto nas umiłował i powołał do pełni życia. W tych dniach oczekiwania na Zesłanie Ducha Świętego wołajmy z mocą , aby łaska Bożego Ducha przenikała całe nasze życie.